Czarnogóra w koronie
Poniedziałek 24 sierpnia 2020
fot. Anna Dolska. Starówka w Budvie

Jeszcze pół roku temu nikomu nie przyszłoby do głowy, że wybierając kierunek wakacyjny, sprawdzać będziemy, czy dany region jest oznaczony na czerwono lub czy trzeba mieć ważne testy na COVID-19.

Tak było z tegorocznym wyjazdem do Czarnogóry, najpierw Polska została przez tamtejsze ministerstwo zdrowia oznaczona na żółto, a od 4 sierpnia nasz rząd zawiesił połączenia lotnicze do Podgoricy.

Kiedy więc 30 czerwca na mapie na stronie czarnogórskiego MSZ Polska zmieniła kolor na zielony, postanowiliśmy załadować busa i ruszyć w podróż do Budvy. Podróż jednym samochodem, czas spędzony w gronie rodzinnym, zakwaterowanie w osobnym apartamencie, dało nam pewność bezpiecznego urlopu w pandemii.

Sporo rodaków zdecydowało się na wakacje w Chorwacji, która od początku sezonu była otwarta dla polskich turystów. Mimo popularności i piękna Dalmacji, ja jednak wolę przejechać wzdłuż adriatyckiego wybrzeża i poświęcić kilka godzin, by zatrzymać się w kraju, w którym wino – Vranac – w opinii miejscowych świetnie działa na serce (może dlatego w Czarnogórze na jednej ulicy jest więcej piekarni niż aptek).

W tym roku nasz wybór padł na Budvę z pięknymi plażami – z uznaną za jedną z najpiękniejszych na świecie żwirową plażą w zatoce Jaz - i kameralnym starym miastem, z którego można wejść wprost do morza, by ochłodzić się po wędrówkach wąskimi uliczkami.

W znajdującym się nieopodal porcie miejskim można wieczorem kupić świeże ryby i krewetki lub zjeść kolację przy stoliku ustawionym na brzegu morza.

W porcie też jedna przy drugiej stoją łodzie, które zawożą turystów na okoliczne wyspy lub na całodzienne wędkowanie. My za 5 euro od osoby popłynęliśmy na znajdującą się 1 km od Budvy wyspę św. Mikołaja zwaną tu Hawajami. Na porośniętej palmami wysepce, zwykle pękającej w szwach od nadmiaru turystów, byliśmy jedynymi gośćmi. Wracając, poprosiliśmy naszego ,,kapitana”, by pokazał nam od strony morza wyspę Sveti Stefan – najbardziej rozpoznawalną atrakcję Czarnogóry. Kiedyś była to rybacka wioska, teraz jest to zamknięty dla zwiedzających ekskluzywny hotel, w którym za jedną noc spędzoną w odrestaurowanym kamiennym domku trzeba zapłacić 3 tys. euro. 
Budva nie tylko jest największą ,,imprezownią” Czarnogóry (oczywiście nie w okresie pandemii), pełną czynnych do rana nocnych klubów i dyskotek, ale też miastem o największej liczbie milionerów na świecie (na 15 tys. mieszkańców jest ich 500).

Czarnogórę przed pandemią odwiedzało 1,6 mln turystów, w tym roku szacuje się, że z powodu pandemii przyjechało zaledwie 10-20 proc. tej liczby. Dla tych, którzy postanowili spędzić urlop na czarnogórskim wybrzeżu, warunki są idealne: puste plaże, pod dostatkiem miejsc w restauracjach, bezpieczny dystans w sklepach. W ,,naszym” apartamentowcu byliśmy jedynymi gośćmi, hotel obok świecił pustkami.  Kiedy pojechaliśmy na wycieczkę nad Jezioro Szkoderskie, właścicielka winnicy niemal siłą wyciągnęła nas z samochodu, żebyśmy popróbowali wina i zmrożonych nalewek. Jak sama mówiła, zwykle w sezonie nie ma ani jednego wolnego miejsca, a teraz jej lokal świeci pustkami. Czy narzekała? Nie, tamtejsi mieszkańcy nie mają tego w zwyczaju. Nigdzie się też specjalnie nie spieszą, nie są zestresowani i poddenerwowani. Może to kwestia klimatu, a może mentalności.

Wakacje w Budvie mają jeszcze jedną zaletę: stąd jest zaledwie 15 km do zapierającej dech w piersi Zatoki Kotorskiej, gdzie z jednej strony mamy szmaragdową toń Adriatyku i miejscami wybrzeże przypominające norweskie fiordy, a z drugiej wspaniałe Alpy Dnarskie. Pomiędzy nimi, wzdłuż wybrzeża, co kawałek mija się przepiękne małe miasteczka i przystanie, w których można kupić wprost wyciągnięte z morza małże i ostrygi. W samym centrum zatoki znajduje się port jachtowy i Kotor – miasto wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. W dawnych czasach  swój port mieli tu Grecy i Rzymianie, a teraz uchodzi za jedno z najlepiej zachowanych średniowiecznych miast w południowo-wschodniej Europie. Zwykle zawijają tu wielkie wycieczkowce z kilkoma tysiącami turystów na pokładzie. W tym roku, kotorska starówka jest ekskluzywnie dostępna. W katedrze św. Tryfona – jednej z dwóch rzymskokatolickich w Czarnogórze – byłam jedynym zwiedzającym. Sprzedający bilety tak się ucieszył na mój widok, że zaczął wypytywać skąd jestem. Kiedy się dowiedział, że z Polski, najpierw wykrzyknął: ,,Sobieski!”, a potem ,,Lech Poznań!”.

Nie tylko jednak samymi widokami i plażą człowiek żyje. Trzeba też coś zjeść. A jest – jak na całych Bałkanach w czym wybierać: mięsa z grilla - od jagnięciny pod plaskavicę, owoce morza, sery, oliwki, a dla ochłody piwo Nikcicko, miejscowe wina i rakija w różnych smakach i aromatach.

Anna Dolska