Czekając na sprawiedliwość
Poniedziałek 27 października 2014
fot. A. Dolska Ze starych paneli i desek pani Elżbieta buduje altankę, by przetrwać zimę

- Dziennikarze z telewizji  siedzieli tu ze mną w nocy, jak spałam w śniegu na materacu przykryta folią. Zrobili materiał. Gazeta napisała, że wolności mi się zachciało. A ja chcę tylko sprawiedliwości, żeby władza się mną zainteresowała – mówi Elżbieta Zielińska. A jak się nie zainteresuje? – pytam. – To tu umrę!

Pracowała w gdańskiej stoczni, ,,przy silnikach”. Wcześniej była też kelnerką. W sumie uzbierało się tego prawie 30 lat pracy. W Trójmieście mieszkała w spółdzielczej kawalerce. Teraz ma 68 lat i jest bezdomna. Na pytanie o adres odpowiada, że w trawie, przy Pestce. Chociaż teraz trawę wykosili. Z daleka więc widać namiot, stary fotel, kanapę i słoneczniki.

Eksmisja do wózkarni

- Miałam śliczne mieszkanie – wspomina.  – Niby kawalerka, ale dwie rodziny mogły tam zamieszkać. W latach 90. zaczęli w stoczni zwalniać grupowo. Ja też straciłam pracę. Przez dwa lata  na zasiłku jakoś było, ale potem to ani pracy, ani pieniędzy. W mieszkaniu spółdzielnia chciała mi zamontować liczniki, ale nie miałam czym zapłacić. Nie zgodziłam się. Wyliczyli mi więc ryczałt, a to stawka jak dla całej rodziny. Przestałam płacić. Byłam spółdzielni winna 1200 zł. Złożyli w sądzie wniosek o eksmisję i zaproponowali jako mieszkanie socjalne wózkarnię - opowiada. Wyrok zapadł zaocznie.

Pani Elżbieta przyjęła wózkarnię, wyremontowała, zrobiła ubikację. Jednak tam też trzeba było płacić czynsz i za media, a ona tych pieniędzy nie miała. I znów zasądzono jej eksmisję. - Tak się załamałam, że tydzień siedziałam na schodach. Myśli pani, że ktoś  z sąsiadów się mną zainteresował? Nikt. W końcu przyjechali po mnie ze szpitala psychiatrycznego i zamknęli na dwa miesiące. Rodzina też się ode mnie odwróciła już przy pierwszej eksmisji. Zerwałam z nimi kontakty.

Bez domu można żyć

Trzy lata temu spakowała do walizki wszystko, co jej zostało i wyruszyła w Polskę. Mieszkała po trosze w Warszawie, Krakowie, Katowicach. Przyjechała do Poznania. Trzy dni spała na dworcu.

- Przez ten cały czas, jedyną władzą, z którą się spotykałam, byli ochroniarze – mówi pani Elżbieta. – Oni są bezwzględni. Potrafią nie tylko człowieka obrażać, ale też pobić.

Do schroniska dla bezdomnych nie chciała pójść. - To nie dla mnie, to mnie przygnębia – tłumaczy. – Tam są głównie chorzy ludzie, a ja jestem zdrowa i silna.

Dlaczego postanowiła zostać w Poznaniu? - Przypadek – odpowiada. – Zatrzymałam się  w tej trawie i mieszkam tu od lipca zeszłego roku.

Bez adresu i dokumentów

Ma 400 zł renty, ale skradziono jej dowód osobisty, a bez dokumentu nie można w banku wypłacić pieniędzy.  Na pytanie dlaczego nie wyrobi sobie nowego dowodu, odpowiada: - Przecież to uwłacza ludzkiej godności! Jakie to są pieniądze?! Jak żyć za 400 zł po tylu latach pracy dla tego kraju? – denerwuje się. – Nie chcę nawet tej jałmużny.

Na trawniku przy Pestce zbudowała sobie własny świat. Trochę starych mebli, fotel, kanapa, grill, stolik. Ścieżki wyłożone kamykami, doniczki z roślinami, a naokoło rosną słoneczniki. - Piękne kwiaty – mówi z zadowoleniem. – Nie wiedziałam, że słoneczniki są takie wdzięczne.

Wielu okolicznych mieszkańców podrzuca pani Elżbiecie coś do jedzenia. Na stoliku stoją słoiki z przetworami, placek. Ale są tacy, którym się nie podoba jej obecność. - Złożyli na mnie skargę na policji i teraz mam proces o zanieczyszczanie terenu miejskiego – tłumaczy. – Wezwania przywożą mi policjanci, bo przecież nie mam adresu. Nigdy przedtem nie miałam do czynienia z sądami, a teraz już toczy się drugie postępowanie.

Idzie zima

- To trudny czas, ale trzeba to jakoś przeżyć – odpowiada. – Umiem wiele zrobić. Teraz buduję sobie altankę, zbieram stare panele i deski. Taka 3 na3 metry. Potrzebowałabym jeszcze9 metrówstyropianu i blachy falistej – objaśnia.

- Nie obawia się pani, że tę altankę pani rozbiorą? – pytam

- Już mi grozi ze straży miejskiej, że rozwalą, ale ja postawię nową.

- I święta też tu pani spędzi?

- Już w zeszłym roku mieszkańcy osiedla zapraszali mnie na wigilię, ale odmówiłam. Przecież to w gruncie rzeczy dla nich krępujące. I dla mnie też. Zresztą święta to nie problem, bo jestem niewierząca.

Pisała do Tuska

-Czego Pani oczekuje skazując się na bezdomność? – pytam.

- Chcę tylko sprawiedliwości. Chcę odzyskać moje mieszkanie – mówi. – Pisałam nawet do Tuska, to mi odpisali, że to nie ich kompetencje. Jaka to polityka społeczna? To polityka antyspołeczna. Jak człowiek zostaje wypchnięty poza nawias, to już nie należy do społeczeństwa.

Nawet kampania wyborcza nie ominęła pani Elżbiety. - Przyszła to do mnie kobieta i powiedziała, że jest z komitetu wyborczego. Nie pamiętam jakiego. I wcale nie zaoferowała pomocy. Powiedziała, że każdy by tak chciał sobie zająć grunt miejski jak ja. Zapytałam, czy chciałaby być bezdomna. Poszła sobie.

Anna Dolska