Solidarność Wielkopolska - Czy 8,5 euro na godzinę to horror?
Czy 8,5 euro na godzinę to horror?
Poniedziałek 9 lutego 2015

Zewsząd słychać oburzenie na Niemców, którzy przyjęli, że na terenie Niemiec nie można pracować za mniej niż 8,5 euro na godzinę. Jan Rokita w tekście pod znamiennym tytułem ,,Osiem i pół” (w Sieci, nr 4 z 2015) grzmi: ,,Państwo niemieckie okazało się w tym przypadku zwyczajnym narzędziem w ręku gospodarczych lobbystów, działających na ich rzecz, lecz wbrew głoszonym przez siebie europejskim zasadom”.

Rzeczywiście jest możliwe (a nawet wysoce prawdopodobne), że głównym motywem działania niemieckiego rządu są interesy ich przedsiębiorców i pracowników z sektora transportowego. Ale to niemieckie uregulowanie pokazuje też, że konkurencyjność polskiego transportu wisi na bardzo niskich płacach. Przecież 8,5 euro daje za miesiąc pracy na pełnym etacie (175 godzin) 6500 zł brutto. Jak na wynagrodzenie za pracę z oderwaniem od domu to chyba niezbyt dużo. A przecież trzeba jeszcze wziąć pod uwagę dwie okoliczności: kierowcy muszą część pieniędzy wydawać za granicą, a więc mają wyższe koszty utrzymania, natomiast przedsiębiorcy, korzystając z serwisu przede wszystkim w Polsce, mogą na kosztach zaoszczędzić. Jeżeli więc transportowy biznes traktuje 8,5 euro na godzinę jak horror, to jedno z dwu: albo pracownicy są wyzyskiwani, albo przedsiębiorstwa transportowe działają szczególnie niesprawnie. A może po trosze i jedno, i drugie.

Nie uważam, że Unia to strefa, w której powinniśmy się rozpuścić, choć sądzę, że jak dotąd mamy z członkostwa profity. Kłopot w tym, że najwięksi entuzjaści Unii chcieliby wziąć z niej tylko to, co dla nich korzystnie. Menedżerowie uważają swoje europejskie płace za coś naturalnego. Ale europejskie płace dla zwykłych pracowników to według nich czysty populizm. Wysokie unijne podatki i dobre zabezpieczenie społeczne - nas na to nie stać.

Te podwójne standardy dają o sobie znać nieomal wszędzie. Na własne uszy słyszałem jak wicepremier Piechociński oburzał się na dotacje do kopalń węgla. A to przecież szef PSL, partii, która od lat skutecznie się sprzeciwia płaceniu przez nawet bardzo zamożnych rolników składki na ubezpieczenie. Nie płacą też składki na ochronę zdrowia. Podatki płacą symboliczne, a od ,,dotacji obszarowych” ani grosza (właściciel lub dzierżawca gospodarstwa 100-hektarowego otrzymuje ponad 100 tys. zł nieopodatkowanej dotacji). Nie można mieć wątpliwości że bogaci rolnicy są prawdziwymi pieszczochami rządu. Z pewnością bardziej niż górnicy.

Wiele wskazuje na to, że idzie gorąca wiosna. Coraz więcej ,,zwykłych ludzi” ma dosyć. Mają prawo się wściec. Nie najbardziej chodzi chyba o to, że przeciętne rodziny znalazły się na granicy nędzy. Chodzi o to, że ludzie nie chcą być od macochy. Jeżeli prezes firmy zarabiający 50-70 tys. zł miesięcznie mówi, że firmy nie stać na podwyżki po 100-200 zł dla pracowników, którzy zarabiają po 2500 zł, to budzi to gniew w pełni uzasadniony.

Oczywiście, perspektywa protestów może też budzić obawy. Protesty godzą w polityczną stabilność, która dla rozwoju kraju ma ogromne znaczenie. Od ulicznych kryteriów i strajków lepsze są demokratyczne rozstrzygnięcia zgodne z wolą większości. Kłopot w tym, że demokratyczne mechanizmy - i to już od dawna - szwankują. Ludzie nie mają do nich zaufania.

Większość komentatorów uznała, że ostatnie strajki na Śląsku to dzieło związkowych liderów. Mam wrażenie, że było inaczej: związkowcy nie tyle strajki inspirowali, co je przejęli. To generalnie dobrze, bo możliwe się stało poszukiwanie rozwiązania konfliktu na drodze negocjacji. To się udało, ale ten konflikt - mimo wszystko - miał tylko lokalny charakter. Obawiam się, że stoimy jednak przed perspektywą konfliktu globalnego. To zasadniczo większe wyzwanie.

Ryszard Bugaj - „Tygodnik Solidarność” nr 6/2015