Grzegorz milioner
Poniedziałek 28 lipca 2014

- Po prostu lubię swoją pracę. Nie wyobrażam sobie innej - mówi Grzegorz Ruszczyński, który przejechał w barwach Regionu Wielkopolska NSZZ „Solidarność” milion kilometrów.

Wydaje się, że niedawno zaczynałeś pracę w „Solidarności”, a tu już stuknął ci milion kilometrów za kierownicą…

Jestem pierwszym kierowcą Regionu, który przejechał taką liczbę kilometrów. Zaczynałem 20 lat temu na archaicznym z dzisiejszego punktu widzenia samochodzie marki Polonez, który Region otrzymał z Urzędu Wojewódzkiego w ramach zadośćuczynienia za majątek zagrabiony „Solidarności” w stanie wojennym. I chociaż był już solidnie „zajechany”, to i tak w niezłym stanie,  bo należał do specjalnych egzemplarzy produkowanych na eksport. Po 2-3 latach został zakupiony pierwszy samochód z zagranicy -  Opel Vectra. To był krok milowy, chociaż nie było łatwo do tego przekonać Janusza Pałubickiego, ówczesnego przewodniczącego ZR. Martwił się, co powiedzą robotnicy Cegielskiego, jak podjedzie pod zakład zagranicznym autem. Udało mi się go przekonać, że wszyscy zrozumieją, że to dla Regionu czysta korzyść. Opla zastąpiła Skoda Octavia, którą zaczął właśnie składać poznański zakład Volkswagena i od tego czasu jesteśmy wierni tej marce i tej firmie. Następna była Skoda SuperB. Jednak Octavię darzę szczególnym sentymentem, czego najlepszym dowodem jest to, że po latach wróciliśmy do tego modelu.

Jeździłeś czterema samochodami, woziłeś trzech przewodniczących.

Przyszedłem do pracy jako młody chłopak. Zaczynałem, gdy szefem wielkopolskiej „Solidarności” był Janusz Pałubicki. Byłem pełen zapału, rozsadzała mnie energia, a Janusz Pałubicki wyciszony, zdystansowany i raczej  małomówny. Otaczała go aura legendy „Solidarności”. To mnie onieśmielało. Ja wtedy naprawdę niewiele wiedziałem o Związku i trzeba było szybko to nadrobić. Januszowi zawdzięczam utrwalenie moich zainteresowań historią. Jako historyk opowiadał o ludziach i wydarzeniach, których nie znajdzie się w podręcznikach. Wielokrotnie zjeżdżaliśmy z trasy, aby zobaczyć coś interesującego. Zacząłem inaczej patrzeć na mijane miasta i budynki.

Potem był Bogdan Klepas – zdecydowanie bardziej otwarty i rozmowny. Rozmawialiśmy często nie tylko o sprawach zawodowych, ale również prywatnych, rodzinnych.

Dla obecnego przewodniczącego Jarosława Lange samochód jest drugim biurem. Nie rozstaje się z laptopem i komórką szczególnie przydatnymi w czasie podróży służbowych. Legendarne jest jego przywiązanie do telefonu komórkowego, bez którego trudno go sobie wyobrazić. Podczas jazdy Jarek prowadzi niezliczone rozmowy, załatwia sprawy, przygotowuje się do spotkań.

Spędzamy w drodze sporo czasu, więc też rozmawiamy nie tylko na tematy służbowe. Na wiele rzeczy patrzymy podobnie, mamy podobne poczucie humoru.   

Warto w tym miejscu podkreślić, że cechą kierowcy musi być dyskrecja, nieujawnianie treści rozmów, których jest mimowolnym słuchaczem, musi także budzić zaufanie jako „mistrz kierownicy”, bo przecież odpowiada za bezpieczeństwo ludzi, których przewozi.

Praca kierowcy oznacza, że musisz być na przysłowiowy gwizdek?

Jestem jedynym kierowcą Regionu, co oznacza, że muszę być ciągle w pełni dyspozycyjny. Nigdy nie miałem z tym problemu. Lubię swoją pracę.  Rodzina się przyzwyczaiła, ale nie ukrywam, że wiele wydarzeń z życia mojej –już dorosłej – córki umknęło mi bezpowrotnie.

Twoją pasją są motocykle.

Oj, tak! Nawet większą niż samochody. Pierwszy motocykl kupiłem jako niepełnoletni chłopak, nie miałem jeszcze prawa jazdy. To był WSK. Teraz jeżdżę Chooperem. Jazda motocyklem jest nieporównanie bardziej ekscytująca od jazdy samochodem.

Żałuję, że brakuje mi czasu. Czasem serce boli, gdy koledzy szykują się do wyjazdu w trasę, a tu właśnie trzeba spełniać obowiązki służbowe.

Żona podziela moją pasję, często na różne zloty jeździmy razem. Bakcyla złapała też córka, która już sama jeździ.  Chcielibyśmy, aby w Polsce była taka pogoda, jak we Włoszech, gdzie sezon motocyklowy jest zdecydowanie dłuższy.

Przez wiele lat jeździłem jako motocyklista niezrzeszony i po czasie widzę, że to była znacznie mniejsza frajda niż teraz, gdy działam w klubie motorowym TUR Poland. Łączy nas nie tylko miłość do motorów. Organizujemy wiele imprez plenerowych w miejscach, w których mamy zloty, imprezy charytatywne dla dzieci z domów dziecka, akcje zbiórki krwi. Jestem honorowym krwiodawcą, staram się oddać innym cząstkę siebie.

Jak odpoczywasz?

Staram się tego nie robić na kanapie z pilotem do telewizora w ręce. Jeżeli jest mało czasu, to jazda rowerem, jeżeli mogę sobie pozwolić to motorem.

Czy jesteś jedynym „milionerem” wśród kierowców „Solidarności”?

Był jeszcze Ryszard Szrejder, kierowca Komisji Krajowej, który przejechał podobną liczbę kilometrów – jeździł z Lechem Wałęsą i Lechem Kaczyńskim, teraz jest na emeryturze.

Z kierowców jeżdżących w regionach moglibyśmy stworzyć niezłą międzyregionalną organizację zakładową, swoiste ministerstwo transportu „S”. Jesteśmy zaprzyjaźnioną grupą, taką związkową rodziną kierowców. Często jesteśmy „na łączach”. Wysyłamy sobie życzenia na święta i z okazji różnych wydarzeń rodzinnych. Kiedy zaczynałem 20 lat temu, byłem najmłodszy.

Co Cię najbardziej pociąga w tej pracy?

Po prostu lubię swoją pracę. Nie wyobrażam sobie innej, takiej usystematyzowanej, ciągle powtarzalnej. Właściwie każdy dzień jest inny. Szczególnie utkwił mi w pamięci pierwszy wyjazd - od razu salonowy, bo do Pałacu Prezydenckiego z przewodniczącym Januszem Pałubickim na spotkanie z Lechem Wałęsą.  

Po tylu latach jeżdżenia mapę drogową mam w głowie. Nie tylko Polski, ale też Europy, bo w ramach współpracy z centralami związkowymi jeździliśmy m.in. do Niemiec, Francji, Hiszpanii, Włoch, na Węgry. Była to okazja do tego, aby  porównać, jak żyją ludzie w innych krajach, przyjrzeć się jak działają tam związki zawodowe, poznać ciekawe miejsca oraz zabytki kultury i historii.

Praca w Związku to również ciągłe poznawanie nowych ludzi i problemów, z którymi muszą się zmagać w swoich firmach. Uczestniczenie we wszelkich możliwych formach udzielania im wsparcia nadaje sens wykonywanej pracy.

 

Rozmawiała Barbara Napieralska