Solidarność Wielkopolska - I po wyborach
I po wyborach
Poniedziałek 10 października 2011
Przewodniczący „S” wraz z członkami Prezydium Komisji Krajowej głosował w Gdyni.

Wyniki tegorocznych wyborów parlamentarnych to wielki sukces Platformy, a w szczególności Donalda Tuska, który nie tylko, podobnie jak J. Buzek,  kierował Rządem Rzeczypospolitej przez pełną kadencję, ale - co zdarza się po raz pierwszy w historii Polski - będzie premierem w następnej kadencji Sejmu. To większy sukces premiera niż Platformy, bo nie można się oprzeć wrażeniu, że to właśnie on szczególnie na niego zapracował. Nie tyle przez cztery lata, co w trakcie kampanii. Kilkanaście dni w Tuskobusie, co dawało dzień w dzień nie tylko spotkania z mieszkańcami różnych regionów Polski, ale także codzienny news dla śledzących działania premiera telewizji. A D. Tusk, trzeba to oddać, potrafi przekonująco mówić do rodaków.

Największa partia opozycyjna, choć zdobyła więcej głosów niż w 2005 r., to chyba dotarła do granic swoich możliwości i trudno jej liczyć na sukces w przyszłości  bez większych zawirowań na scenie politycznej.

Jest jednak i druga strona wyborczego medalu. Wybory w każdym państwie  są wielkim świętem demokracji, bo tylko tego dnia Demos zabiera głos. Jakość demokracji, na którą składa się nie tylko jakość klasy politycznej, ale i stan świadomości wyborców wyraża się m.in. skalą uczestnictwa w tym święcie, a więc frekwencją wyborczą. Tego roku do urn poszło o ok. 5,3% wyborców mniej niż przed czterema laty, gdy Polacy oddali prawo zarządzania Wspólną Rzeczą w ręce polityków PO. Tym razem większość znowu została w domu, a z udziału w tym święcie zrezygnowało dodatkowe prawie 1,6 mln Polaków mimo wprowadzenia przez nowy Kodeks wyborczy szeregu ułatwień w głosowaniu. To bardzo poważny sygnał ostrzegawczy dla polityków wszystkich opcji, a zwłaszcza tych, którzy aspirują do sprawowania rządu dusz.

Kampania wyborcza, podobnie zresztą jak prawie całe minione cztery lata przebiegała pod znakiem sporu pomiędzy PO i PiS. Mam nieodparte wrażenie, że Polacy rezygnując z udziału w głosowaniu dali mocny sygnał, iż dla nich i dla Polski są rzeczy ważniejsze niż spory pomiędzy wysokimi zwaśnionymi stronami. Drugim obok absencji przejawem stanu umysłów wyborców, frustracji stanem polskiej polityki jest wysoki wynik wyborczy partii filozofa z Biłgoraja. Wynik ten mówi więcej o wybierających niż o wybieranych. To smutny przykład na to, że socjotechniki mogą być skuteczniejsze od programów. Dobierając hasła pod dyktando spin-doktorów Ruch Poparcia urósł do rangi trzeciej siły w Sejmie, odbierając przy okazji lewicy elektorat skrajnie antyklerykalny i skrajnie feministyczny. Ruch Poparcia to druga Samoobrona (kampanią sterował ten sam cyniczny spec od PR), tyle że bardziej inteligentna i bardziej cyniczna. Wiekopomną zasługą Jarosława K. było wyeliminowanie ze sceny politycznej Samoobrony; czy znajdzie się ktoś, kto podejmie się takiej roli wobec Ruchu Poparcia? Szczęście w nieszczęściu polega na tym, że dotychczasowej koalicji udało się zebrać o 3 mandaty więcej niż  minimum dające większość w Sejmie.

Spektakularną klęskę poniósł Sojusz Lewicy Demokratycznej, gdyż głównie z tego elektoratu biorą się wyborcy Ruchu Poparcia. Lider partii już zapowiedział rezygnację, bo ma świadomość, że znakomity wynik w wyborach prezydenckich to dla partyjnych graczy odległa historia.

Wybory do Senatu powinny być kubłem zimnej wody na głowy zwolenników okręgów jednomandatowych. Okazało się, że - wbrew oczekiwaniom - w żadnej mierze nie stają się one szansą dla kandydatów niezależnych. Wręcz przeciwnie, umacniają pozycję kandydatów występujących pod sztandarami dominujących partii.

Kampania wyborcza była nijaka. Najpierw debata o debacie, potem nieustające występy speców od marketingu politycznego. Gdy w końcu zaczęło się przepytywanie prominentnych kandydatów, redaktorzy Lis i Gugała postanowili jednak wystąpić na ringu, by w ten sposób wykazać wyższość wyznawanych przez siebie poglądów.

Z poznańskiego podwórka trzeba odnotować dwa spektakularne sukcesy K. Łybackiej i W. Dzikowskiego, którzy startując z drugich pozycji pokonali kandydatów nr 1. Powód do dumy może stanowić wysoka frekwencja w Poznaniu i powiecie poznańskim, co świadczy o większym niż w innych regionach wyrobieniu politycznym. Wstyd mi jednak za posła, który po raz trzeci zdobył mandat lekceważąc wszelkie ograniczenia w finansowaniu wyborów. Pan Poseł po prostu skutecznie zainwestował swoje pieniądze w kampanię, by zdobyć mandat i immunitet, co da mu oczekiwany zwrot z inwestycji.

Polska po wyborach to jednak stabilizacja sceny politycznej, co w obliczu czającego się kryzysu jest wartością samą w sobie. To także test na to, czy Donald Tusk chce przejść do historii z powodu długości sprawowania władzy, czy też z bardziej ambitnych powodów. Mam też nadzieję, że mimo wszystko dla wybrańców Narodu Polska jest jednak najważniejsza!

Maciej Musiał