Można żyć bez LIDL-a
Poniedziałek 22 września 2014

9 września związkowcy z całej Polski protestowali przed siedzibą zarządu spółki Lidl Polska w Tarnowie Podgórnym.

- Zarząd firmy nie chce z nami rzetelnie rozmawiać przy stole negocjacyjnym, dlatego o naszych postulatach musimy mówić na ulicy - powiedział po zakończeniu pikiety Alfred Bujara, przewodniczący Sekretariatu Krajowego Banków, Handlu i Ubezpieczeń NSZZ Solidarność.

Protestujący wręczyli przedstawicielom zarządu spółki petycję z postulatami. - Odebrały ją od nas osoby nie mające umocowań do negocjacji ze związkami zawodowymi. My nie mamy strony do rozmów. To są tylko wynajęci pracownicy. Zastanawiamy się, czy nie przenieść protestów do Niemiec, pod główną siedzibę LIDL-a - mówił przewodniczący.

„Solidarność” zarzuca kierownictwu polskiego oddziału sieci LIDL brak woli podjęcia rzeczywistego dialogu ze stroną społeczną oraz żąda przywrócenia do pracy działaczy związkowych, którzy w ocenie „S” zostali zwolnieni niezgodnie z prawem. W grudniu ubiegłego roku, 11 miesięcy po powstaniu w LIDL-u organizacji związkowej, jej przewodnicząca Justyna Chrapowicz oraz jej zastępca Artur Szuszkiewicz otrzymali wypowiedzenia z pracy. Sprawa ta została skierowana do sądu pracy.

Związek postuluje również zwiększenie stanu zatrudnienia. Jak podkreślają związkowcy, w sklepach i centrach dystrybucyjnych jest za mało pracowników, a zakres ich obowiązków jest stale poszerzany. - Pracownik musi robić wszystko na raz, m.in. obsługiwać klientów na kasie, układać towar na półkach, uzupełniać braki, a w międzyczasie wypiekać pieczywo w sklepowym piecu. To praca ponad siły - przekonuje Alfred Bujara.

Pracownicy LIDLa skarżą się na to, że są zatrudniani na czas określony i w niepełnym wymiarze godzin. - Podczas naszych wcześniejszych protestów LIDL chwalił się, że podniósł płace i teraz na „dzień dobry” pracownik zarabia tam ponad 2 tys. brutto. Co z tego skoro pracownicy są zatrudniani na niepełny etat i zamiast tych 2 tys. dostają np. 1300 zł brutto - wskazuje Alfred Bujara.

 

*****

LIDL to niemiecka sieć sklepów dyskontowych założona w latach 70. przez przedsiębiorcę z Badenii Wirtenbergii - Dietera Schwarza. Na portalu wGospodarce.pl można przeczytać, że firma działająca w 26 krajach europejskich zatrudnia 315 tys. pracowników  i przynosi 74 mld EUR przychodów. Dieter Schwarz z majątkiem 20 mld euro jest 23 najbogatszą osobą na świecie.

W Polsce znajduje się 7 Centrów Dystrybucyjnych Lidl Polska, a sieć sklepów to ponad 517 obiektów. Mocniejsza jest tylko portugalska Biedronka.

LIDL nie wszędzie odnosi sukcesy. W 2007 r. wycofał się z Norwegii z powodu braku klientów. Norwegowie nie chcieli nawet sprzedawać działek pod niemieckie dyskonty. Tym sposobem Lidl przejęty został przez norweską sieć.

Z przypadkiem skutecznej walki z ekspansją LIDL-a mieliśmy do czynienia i w Polsce. Wójt gminy Sierakowice na Kaszubach nie wpuścił na swój teren ani Biedronki, ani Lidla. Na pytanie „Expressu Kaszubskiego”, dlaczego w Sierakowicach nie ma ani Lidla, ani Biedronki Tadeusz Kobiela odpowiedział:

„Sieci supermarketów zainteresowane są wyłącznie drenażem rynku ze środków. Gdyby takie sklepy u nas powstały, to my mielibyśmy u siebie od razu armię bezrobotnych. W tej chwili na naszym terenie jeden od drugiego kupuje, zamawia usługi i w ten sposób następuje obrót pieniądza. Budowa tego rodzaju marketów nie jest więc w interesie naszych mieszkańców. Jeśli ktoś bardzo chce kupować w Biedronce, czy Lidlu, może pojechać do Kartuz czy Stężycy.”


*****

Do końca września trwać będzie internetowa kampania Solidarności i Uni Global, światowej federacji związków zawodowych zrzeszających m.in. pracowników handlu, polegająca na wysyłaniu drogą elektroniczną petycji w sprawie sytuacji w polskich sklepach LIDL do centrali sieci w Niemczech. Można wziąć w niej udział za pośrednictwem specjalnej strony internetowej http://www.labourstartcampaigns.net.

b