Prezydent może naprawdę dużo
Poniedziałek 9 marca 2015

Opowiedzenie się konkurentów B. Komorowskiego w kampanii prezydenckiej za modelem „aktywnej prezydentury” pobudziło zwolenników obozu rządowego do nachalnego formułowania tezy, że prezydent w polskim porządku konstytucyjnym musi być bierny, bo prawie nic mu nie wolno. To teza tyleż rozpowszechniona, co nieprawdziwa. Owszem, prezydentowi konstytucja nie daje tak wielkiej władzy, jaką posiadali niegdyś I sekretarze (choć sekretarze byli też zależni od biura politycznego), ale prezydent może całkiem sporo. Chyba niewiele mniej niż np. prezydent Francji. Może wpływać na bieg spraw publicznych, zarówno podejmując bezpośrednio decyzje jak i oddziałując w sposób pośredni.

Przede wszystkim polski prezydent dysponuje potężnym instrumentem wetowania ustaw. Formalnie biorąc, sejm może sprzeciw prezydenta uchylić, ale tylko gdy zmobilizuje znaczną większość (minimum 3/5 głosów). To się w praktyce zdarza rzadko, a więc prezydent ma ogromny wpływ na proces legislacyjny (jego siła odpowiada potencjalnie 50 posłom). 

Prezydent dysponuje oczywiście inicjatywą ustawodawczą oraz prawem przedstawiania Trybunałowi Konstytucyjnemu wniosków o uznanie ustaw za niezgodne z Konstytucją. Prezydent mianuje szefa sztabu, ma decydujący wpływ na powołanie prezesa NBP i prokuratora generalnego oraz mianuje część członków Rady Polityki Pieniężnej oraz Krajowej Rady Radia i Telewizji. W określonej sytuacji może rozwiązać parlament, a za zgodą senatu zarządzić przeprowadzenie referendum.

Równie ważne jak formalne uprawnienia prezydenta są jego możliwości pośredniego wpływania na bieg spraw publicznych. Prezydent wybierany jest w wyborach bezpośrednich i jeżeli zachowuje autorytet, może – formułując swoje opinie – skutecznie wpływać na decyzję parlamentu i rządu. Wielka potencjalna siła prezydenta wynika z faktu, że w praktyce wybierany jest przy większej frekwencji i musi uzyskać poparcie więcej niż połowy wyborców (na obecnie rządzącą koalicję głosowało niewiele ponad 20% uprawnionych do głosowania).

Oczywiście z większości swoich praw i możliwości oddziaływania prezydent korzystać tylko może, ale nie musi. Gdy nie korzysta, rzeczywiście staje się „strażnikiem żyrandola”. Oglądając się wstecz można jednak z łatwością dostrzec przejawy realnego wpływu prezydenta na ważne publiczne rozstrzygnięcia, co nie znaczy, że ten wpływ możemy zawsze ocenić jako pozytywny. A. Kwaśniewski skutecznie przesądził o braku ustawy reprywatyzacyjnej. Parlamentarna ustawa – moim zdaniem – nie była dobra, ale Kwaśniewski nie przedstawił własnej. Została próżnia – ze wszystkimi tego negatywnymi konsekwencjami. Kwaśniewski utrącił też AWS-owską ustawę o podatku liniowym, po czym… podpisał jej gorszą wersję (podatek liniowy dla samozatrudnionych) przeprowadzoną przez SLD. B. Komorowski de facto przesądził o drastycznym wydłużeniu wieku emerytalnego. Podpisał ustawę, choć w trakcie kampanii wyborczej deklarował, że tego nie zrobi.

Moim zdaniem z faktu, że ocena aktywnej postawy prezydenta niekoniecznie zasługuje na uznanie, nie wynika, iż celowe byłoby ograniczenie kompetencji prezydenta. Wynika z tego natomiast, że wybór prezydenta nie powinien być lekceważony. Niestety, rozpowszechnienie przekonania, że jest to urzędnik od żyrandola, temu lekceważeniu sprzyja, a w każdym razie wielu wyborców skłania do oceny raczej prezencji niż poglądów i wiarygodności kandydatów. I w tych wyborach stoimy przed takim zagrożeniem.

Sądzę, że „S” może i powinna - na miarę swoich możliwości - przyczynić się do większej przejrzystości zbliżających się wyborów. Warto zapytać oficjalnie wszystkich kandydatów o stosunek do najważniejszych dla pracowników kwestii. Odpowiedzi powinny być przedmiotem analizy i oceny (uwzględniającej też wiarygodność odpowiedzi w kontekście wcześniejszych zachowań kandydata). Związek nie powinien jednak pytać o sprawy nie należące do jego kompetencji (np. dotyczące polityki zagranicznej) ani formułować ocen globalnych. Nie powinno chodzić o to, by komukolwiek próbować narzucić wybór, ale by ułatwić wybór świadomy.

Ryszard Bugaj

Za: „Tygodnik Solidarność” nr 10/2015