Zamówienia w kryzysie
Poniedziałek 11 czerwca 2012

Mimo wielu zalet polskiej gospodarki AD 2012 nie można udawać, że ominęły ją skutki ogólnoświatowego kryzysu ekonomicznego lub że dotyczą tylko w niewielkim stopniu. Uważna obserwacja rzeczywistości pozwala dostrzec liczne efekty globalnych problemów. Jednym z widocznych, szczególnie ostatnio, jest pułapka wynikająca ze stosowania prawa zamówień publicznych.

Pierwsza ustawa o zamówieniach publicznych została uchwalona przez Sejm RP w czerwcu 1994 roku, w początkowym okresie transformacji. Zastąpiła ją ustawa z dnia 29 stycznia 2004 r. - prawo zamówień publicznych, która, kilkakrotnie nowelizowana, obowiązuje do dziś. W założeniu przepisy te miały zapobiegać korupcji i doprowadzić do transparentności wszelkich procesów zakupowych dokonywanych w sferze publicznej. Przez to szerokim pojęcie należy rozumieć zamawianie zarówno towarów, jak i usług, np. budowlanych.

Trudno ocenić w jakim stopniu cele te zostały zrealizowane. Jest za to pewne, że obecnie prawo zamówieniowe dostarcza pracy wielu specjalistom zatrudnianym w urzędach i firmach państwowych lub samorządowych, a ponadto, że obawy przed sankcjami uczyniły z kryterium najniższej ceny prawie wyłączny miernik działania.

Relatywnie dobra obecna kondycja polskiej gospodarki wynika m.in. z realizacji inwestycji współfinansowanych ze środków unijnych. Największe z nich prowadzone są przez urzędy administracji państwowej i samorządowej oraz przez strategiczne spółki państwowe lub kontrolowane przez Skarb Państwa. Przykładów jest wiele, od stadionów i autostrad, głośnych w związku z turniejem finałowym mistrzostw Europy w piłce nożnej, do sztandarowych inwestycji strategicznych, takich jak terminal gazu skroplonego w Świnoujściu, zwany potocznie gazo portem.

Okazuje się, że na skutek kryzysu wiele firm wystartowało w przetargach, nie mając do nich odpowiedniego przygotowania, traktując je jako drogę ucieczki przed załamaniem się przychodów, których w innych miejscach próżno szukać. Taka sytuacja, gdy wykonawca nie dysponuje ludźmi, sprzętem i gotówką, jest z założenia bardzo niebezpieczna.

Aby wygrać przetarg i zawrzeć umowę np. na budowę drogi, należy zaoferować najlepszą cenę, tak aby zdystansować konkurentów. A ta najlepsza to oczywiście najniższa. Można śmiało stwierdzić, że w pogoni za najtańszą ofertą, źle pojętym synonimem uczciwości, sfera publiczna zupełnie zapomniała o kryterium jakości. Stąd powszechne usterki, które trzeba usuwać jak nie przed odbiorem, to wkrótce po nim.

To jednak nie wszystko. W większości przypadków firma, która chce za wszelką chce wygrać i zaniża w tym celu cenę, z góry zakłada ukryte oszczędności. Najczęściej uzyskuje je przez zastosowanie byle jakich materiałów i niepłacenie podwykonawcom. Ci ostatni masowo bankrutują, wysyłając przy tym pracowników na bezrobocie i wpędzając w kłopoty swoich dostawców, przekazując im swoistą upadłościową pałeczkę.

Lista problemów na tym się nie kończy. Nie zawsze bowiem udaje się inwestorowi utrzymać na powierzchni kosztem innych. Często dochodzi do momentu, w którym środki się skończyły, a inwestycja nie została zrealizowana. Podwykonawcy i pracownicy nie chcą pracować za darmo, a terminy płyną nieubłaganie. Zamawiający zaczynają mieć kłopoty, w tym ze skonsumowaniem środków unijnych. Poza tym kto ma dokończyć niezbudowaną autostradę, most czy rurociąg?

Państwo lub samorząd zaczyna nierzadko ratować wykonawcę przed bankructwem. Nie zawsze odbywa się to zgodnie z prawem. Przykładowo dokonuje się nieprzewidzianych umową przedpłat lub odstępuje od naliczania należnych kar umownych - byle ukończyć obiekt, a potem się zobaczy. Po drodze może się zdarzyć nawet obietnica ministra, że wierzyciele będą zaspokojeni. Proceder żałosny, ale stanowi obecnie widoczny element życia społeczno-gospodarczego.

Paweł Selan